Wczoraj o 09:00 stuknęły mi kolejne urodzinki :-)
Pierwszy z laurka był Dawid, a potem pojawiały się kolejne prezenty :-)
Potem prezencik od siostry - nie wiem czy prezent dla mnie czy dla moich lalek ;-)
Na koniec 31-letnia kuzynka urwała głowę turkusowowłosej lalce :-(
niedziela, 11 grudnia 2011
czwartek, 29 września 2011
środa, 10 sierpnia 2011
18. Niespodziewajka
Odebrałam kilka dni temu z poczty niespodziewajkową przesyłkę od kuzynki z Warszawy,
a w niej...
cudna dziewczyna rocznik 1986
z ubrankami, które wyszły spod łapek mojej kuzynki (wpadłam właśnie przez nią w kompleksy krawieckie :-( )
Wiedziałam, że kuzynka Fleur posiada (że jej się pudełko zachowało :-D), ale nie sądziłam, że laleczka sama wybierze się do mnie w podróż bez biletu powrotnego :-) Kiedy Asia ją odnalazła, myślałam, że zostanie dawcą ciałka dla mojej biedulki, ale jak ją zobaczyłam - zostanie taka jaka jest (czeka ją tylko reroot - widać, że kłaczki zostawia dookoła).
Mirka nie byłaby sobą, gdyby nie rzuciła się na to co nie jej - BUTY. Prawie wszystkie oprócz 2 par pasują jak ulał ;-)
| Od fleur |
a w niej...
| Od fleur |
cudna dziewczyna rocznik 1986
| Od fleur |
| Od fleur |
z ubrankami, które wyszły spod łapek mojej kuzynki (wpadłam właśnie przez nią w kompleksy krawieckie :-( )
| Od fleur |
| Od fleur |
| Od fleur |
Wiedziałam, że kuzynka Fleur posiada (że jej się pudełko zachowało :-D), ale nie sądziłam, że laleczka sama wybierze się do mnie w podróż bez biletu powrotnego :-) Kiedy Asia ją odnalazła, myślałam, że zostanie dawcą ciałka dla mojej biedulki, ale jak ją zobaczyłam - zostanie taka jaka jest (czeka ją tylko reroot - widać, że kłaczki zostawia dookoła).
| Od fleur |
Mirka nie byłaby sobą, gdyby nie rzuciła się na to co nie jej - BUTY. Prawie wszystkie oprócz 2 par pasują jak ulał ;-)
| Od fleur |
| Od momoko miracle |
sobota, 30 lipca 2011
17. Momoki
A teraz moje zdjęcia Momoko Twilight Fiance, którą wreszcie wyjęłam z pudełka :-)
Mirka (Miracle Party Girl) chyba nie byłaby sobą, gdyby nie ściągnęła ciuszków z Audrey (chyba dlatego, że przybyła do mnie naga ;-)).
Mirka została w ciuszkach Audrey, a biedna siostrzyczka musiała zadowolić się sukienką Barbie. Dziewczęta naprzymierzały się różniastych butów - efekt? na Momośki weszły różowe Basic'owe czółenka, jakieś białe klapeczki, i jakieś inne białe trampeczki. Najbliższa garderoba raczej będzie w niewielu kolorach, raczej takich pasujących pod butki ;-)
| Od momoko audrey |
| Od momoko audrey |
| Od momoko audrey |
| Od momoko audrey |
| Od momoko audrey |
Mirka (Miracle Party Girl) chyba nie byłaby sobą, gdyby nie ściągnęła ciuszków z Audrey (chyba dlatego, że przybyła do mnie naga ;-)).
| Od momoko audrey |
| Od momoko audrey |
| Od momoko audrey |
Mirka została w ciuszkach Audrey, a biedna siostrzyczka musiała zadowolić się sukienką Barbie. Dziewczęta naprzymierzały się różniastych butów - efekt? na Momośki weszły różowe Basic'owe czółenka, jakieś białe klapeczki, i jakieś inne białe trampeczki. Najbliższa garderoba raczej będzie w niewielu kolorach, raczej takich pasujących pod butki ;-)
| Od momośki |
czwartek, 21 lipca 2011
16. Wyrostek a nowe lalki
Tiaaaa.... to się napracowałam i w Chatce i w restauracji :-(
5 lipca (wtorek) wylądowałam na izbie przyjęć - myślałam, że tylko wątróbka trochę bardziej mnie boli niż zwykle a żołądeczek ot tak dla zasady odmawia wlewania w niego wody czy herbaty - na Izbie byłam przed 10tą. Po 11ej zjawił się lekarz, zlecił badanie krwi i usg brzuszka. Na usg czekałam ponad dwie godziny pod gabinetem, wyszłam z niego ok 14:30 coby się dowiedzieć, że na nim nic nie widać a lekarz będzie ok 16, bo operuje. Sobie wyszłam z Izby, zrobiłam kółeczko uliczkami, kefirek żurawinowy sobie kupiłam, bo ostatni posiłek to był obiad w niedzielę i wróciłam jakieś 15:15 na izbę (po drodze zdążyłam wypić pół tego kefirka), gdzie kolejny lekarz mi brzuszek ponaciskał i powiedział, że nic nie wolno mi już jeść a na 20tą mam wrócić zrobić ponownie badanie krwi i jeśli wyniki będą gorsze to na stół. Zanim na tą 20tą poszłam do szpitala mama zdążyła mnie spakować, gdyby kazali mi zostać. Przyszłam o tej 20tej, znowu utoczyli krwi i znowu kolejni lekarze mi brzuszek wygnietli i stwierdzili, że to wyrostek i że rano zoperują. Po 22giej byłam na oddziale - od razu na pooperacyjny, bo nigdzie więcej miejsca nie było. Zrobiły mi ekg, przytuliłam głowę do poduszki i nagle słyszę - przebrać i przygotować do operacji. W ostatniej chwili zdążyłam smsa do domu wysłać, że jadę na salę. Próbowałam przy podpisywaniu zgody na operację wynegocjować liposukcję, ale odmówili, bo NFZ nie refunduje :-( I lekarz i anestezjolog poinformowali mnie co będą mi robić i ledwo założyli mi maseczkę - film mi się urwał. Zdążyłam tylko zobaczyć na ekranie rekordowe dla mnie ciśnienie 170/80. Kolejne ocknięcie, gdy mnie wybudzali i... potem obudziłam się rano z wielkim opatrunkiem i dłuuuuugim cięciem. W piątek mnie wypisali, po powrocie do domu 39-40stopni, w sobotę to samo, ale jak ropa z krwią zaczęła tryskać przesz szwy, zadzwoniliśmy po pogotowie, i pan ratownik, gdy mnie przywieźli na izb powiedział tylko "moi drodzy spiep...cie sprawę" - efekt był taki, że rozpruto ponad połowę szwów, otwarto mi brzuszek, poczyszczono, zaopatrunkowano i kazano przyjeżdżać na opatrunki. Na izbie ok, ale w poniedziałek w przychodni musiałam już zrobić awanturę i zapytać, czy mam szukać innego szpitala, skoro odmawiają mi przyjęcia - efekt jest taki, że chirurg z przychodni traktuje mnie teraz tak jakbym byłam z porcelany ;-) Ech... ale jakby nie było od 9tego chodzę z otwartym brzuszkiem - wizyta co 3 dni więc przykazano mi, że sama muszę sobie opatrunki na moim otwartym brzuszku robić. W poniedziałek pojechałam znowu na izbę, zamiast chirurga była rezydentka w czasie specjalizacji, poinformowałam ją, że nadal mam gorączkę, brzuszek boli, siedzieć normalnie nie mogę, zasiałam w niej niepewność czy ropa i stan zapalny mogłyby uszkodzić mięśnie? i Pani szybko zabrała mnie na usg (bez kolejki) - wynik taki, że głębiej w brzuszku sobie jakiś zbiorniczek ropny siedzi i na razie jest za mały by brzuszek otworzyć i go nakłuć. Wreszcie doczekałam się antybiotyku i pyralginy i jeszcze czegoś przeciwzapalnego z czego musiałam zrezygnować po pierwszej kapsułce, bo połowę skutków ubocznych miałam, a i tak okazało się, że na mnie nie działał. Ropa nadal się leje, gorączka spadła do 37. Udało mi się wreszcie usiąść coby cokolwiek naklikać, bo póki co to tylko byłam w stanie myszką trochę poruszać. Z łózka czy fotela nie jestem w stanie sama się podnieść. Sypiam i czas spędzam na sofie, której na szczęście nie dałyśmy tacie wyrzucić - jedyny mebel, z którego z pewnymi trudnościami jestem w stanie się podnieść. Pozycja do spania - kręgosłup już chyba mi się w paragraf powykrzywiał :-( Wczoraj udało mi się szydełko wziąć do łapki i nawet kilka rządków zrobić. Dobrze, że na mini zlocie wzbogaciłam się tymczasowo od Sity o kilka Pratchettów, bo chyba by mnie całkowicie pokręciło, gdyż poza czytaniem w przerwach między skokami temperatury na nic innego siły nie miałam. Obecnie jeszcze się wykłócam o konieczność założenia z powrotem szwów - bo pani rezydentka wymyśliła, że rana sama się zabliźni :13:
Pocieszeniem dla mnie w czasie pobytu w szpitalu była informacja od Bartka, ze dotarł mój Pullip (ciesz oczy i łapki póki możesz ;-) ) i... następnego dnia po operacji mama allegrowej noelli przyniosła mi do sali... Momoko Twilight Fiance :-)

(zdjęcie: noella)
laleczka zrobiła nieodparte wrażenie na współlokatorkach mojej sali szpitalnej szczególnie, że średnia wieku na oddziale to 74 lata :-D
Ych... ta boląca dziura to masakra, ten krótki pościk pisałam na trzy raty i... muszę poszukać dogodnej pozycji, bo mam wrażenie jakby wnętrzności koniecznie chciały przecisnąć się przez te dziurę. I jeszcze kot, który podejrzanie się patrzy na mnie, gdy mama zmienia mi opatrunki.... on chyba ma ochotę dobrać się do mojego brzuszka :-(
5 lipca (wtorek) wylądowałam na izbie przyjęć - myślałam, że tylko wątróbka trochę bardziej mnie boli niż zwykle a żołądeczek ot tak dla zasady odmawia wlewania w niego wody czy herbaty - na Izbie byłam przed 10tą. Po 11ej zjawił się lekarz, zlecił badanie krwi i usg brzuszka. Na usg czekałam ponad dwie godziny pod gabinetem, wyszłam z niego ok 14:30 coby się dowiedzieć, że na nim nic nie widać a lekarz będzie ok 16, bo operuje. Sobie wyszłam z Izby, zrobiłam kółeczko uliczkami, kefirek żurawinowy sobie kupiłam, bo ostatni posiłek to był obiad w niedzielę i wróciłam jakieś 15:15 na izbę (po drodze zdążyłam wypić pół tego kefirka), gdzie kolejny lekarz mi brzuszek ponaciskał i powiedział, że nic nie wolno mi już jeść a na 20tą mam wrócić zrobić ponownie badanie krwi i jeśli wyniki będą gorsze to na stół. Zanim na tą 20tą poszłam do szpitala mama zdążyła mnie spakować, gdyby kazali mi zostać. Przyszłam o tej 20tej, znowu utoczyli krwi i znowu kolejni lekarze mi brzuszek wygnietli i stwierdzili, że to wyrostek i że rano zoperują. Po 22giej byłam na oddziale - od razu na pooperacyjny, bo nigdzie więcej miejsca nie było. Zrobiły mi ekg, przytuliłam głowę do poduszki i nagle słyszę - przebrać i przygotować do operacji. W ostatniej chwili zdążyłam smsa do domu wysłać, że jadę na salę. Próbowałam przy podpisywaniu zgody na operację wynegocjować liposukcję, ale odmówili, bo NFZ nie refunduje :-( I lekarz i anestezjolog poinformowali mnie co będą mi robić i ledwo założyli mi maseczkę - film mi się urwał. Zdążyłam tylko zobaczyć na ekranie rekordowe dla mnie ciśnienie 170/80. Kolejne ocknięcie, gdy mnie wybudzali i... potem obudziłam się rano z wielkim opatrunkiem i dłuuuuugim cięciem. W piątek mnie wypisali, po powrocie do domu 39-40stopni, w sobotę to samo, ale jak ropa z krwią zaczęła tryskać przesz szwy, zadzwoniliśmy po pogotowie, i pan ratownik, gdy mnie przywieźli na izb powiedział tylko "moi drodzy spiep...cie sprawę" - efekt był taki, że rozpruto ponad połowę szwów, otwarto mi brzuszek, poczyszczono, zaopatrunkowano i kazano przyjeżdżać na opatrunki. Na izbie ok, ale w poniedziałek w przychodni musiałam już zrobić awanturę i zapytać, czy mam szukać innego szpitala, skoro odmawiają mi przyjęcia - efekt jest taki, że chirurg z przychodni traktuje mnie teraz tak jakbym byłam z porcelany ;-) Ech... ale jakby nie było od 9tego chodzę z otwartym brzuszkiem - wizyta co 3 dni więc przykazano mi, że sama muszę sobie opatrunki na moim otwartym brzuszku robić. W poniedziałek pojechałam znowu na izbę, zamiast chirurga była rezydentka w czasie specjalizacji, poinformowałam ją, że nadal mam gorączkę, brzuszek boli, siedzieć normalnie nie mogę, zasiałam w niej niepewność czy ropa i stan zapalny mogłyby uszkodzić mięśnie? i Pani szybko zabrała mnie na usg (bez kolejki) - wynik taki, że głębiej w brzuszku sobie jakiś zbiorniczek ropny siedzi i na razie jest za mały by brzuszek otworzyć i go nakłuć. Wreszcie doczekałam się antybiotyku i pyralginy i jeszcze czegoś przeciwzapalnego z czego musiałam zrezygnować po pierwszej kapsułce, bo połowę skutków ubocznych miałam, a i tak okazało się, że na mnie nie działał. Ropa nadal się leje, gorączka spadła do 37. Udało mi się wreszcie usiąść coby cokolwiek naklikać, bo póki co to tylko byłam w stanie myszką trochę poruszać. Z łózka czy fotela nie jestem w stanie sama się podnieść. Sypiam i czas spędzam na sofie, której na szczęście nie dałyśmy tacie wyrzucić - jedyny mebel, z którego z pewnymi trudnościami jestem w stanie się podnieść. Pozycja do spania - kręgosłup już chyba mi się w paragraf powykrzywiał :-( Wczoraj udało mi się szydełko wziąć do łapki i nawet kilka rządków zrobić. Dobrze, że na mini zlocie wzbogaciłam się tymczasowo od Sity o kilka Pratchettów, bo chyba by mnie całkowicie pokręciło, gdyż poza czytaniem w przerwach między skokami temperatury na nic innego siły nie miałam. Obecnie jeszcze się wykłócam o konieczność założenia z powrotem szwów - bo pani rezydentka wymyśliła, że rana sama się zabliźni :13:
Pocieszeniem dla mnie w czasie pobytu w szpitalu była informacja od Bartka, ze dotarł mój Pullip (ciesz oczy i łapki póki możesz ;-) ) i... następnego dnia po operacji mama allegrowej noelli przyniosła mi do sali... Momoko Twilight Fiance :-)

(zdjęcie: noella)
laleczka zrobiła nieodparte wrażenie na współlokatorkach mojej sali szpitalnej szczególnie, że średnia wieku na oddziale to 74 lata :-D
Ych... ta boląca dziura to masakra, ten krótki pościk pisałam na trzy raty i... muszę poszukać dogodnej pozycji, bo mam wrażenie jakby wnętrzności koniecznie chciały przecisnąć się przez te dziurę. I jeszcze kot, który podejrzanie się patrzy na mnie, gdy mama zmienia mi opatrunki.... on chyba ma ochotę dobrać się do mojego brzuszka :-(
poniedziałek, 27 czerwca 2011
15. Wyprzedaż
No to poszło...
Poszły sobie w świat dwie lalki :-( Jednej to nawet trochę żałuję, ale tylko ze względu na jej włosy ;-p Jakoś nie mogłam się zebrać, żeby wyszydełkować jej hawajską spódniczkę z trawy. nawet obiecałam sobie, że jak nikt nie kupi to zostanie i... i nie mam lalki :-( Na pożegnanie zapozowały wspólnie do pamiątkowego zdjęcia dla mnie - jeszcze zdążyły zapyszczyć, że nagie nie pojadą i kazały się w kostiumy kąpielowe przebrać swołocze jedne ;-P
I kilka drobnych ciuszków również poszło w świat.
Poszły sobie w świat dwie lalki :-( Jednej to nawet trochę żałuję, ale tylko ze względu na jej włosy ;-p Jakoś nie mogłam się zebrać, żeby wyszydełkować jej hawajską spódniczkę z trawy. nawet obiecałam sobie, że jak nikt nie kupi to zostanie i... i nie mam lalki :-( Na pożegnanie zapozowały wspólnie do pamiątkowego zdjęcia dla mnie - jeszcze zdążyły zapyszczyć, że nagie nie pojadą i kazały się w kostiumy kąpielowe przebrać swołocze jedne ;-P
| Od bye bye |
I kilka drobnych ciuszków również poszło w świat.
| Od bye bye |
| Od bye bye |
| Od bye bye |
| Od bye bye |
| Od bye bye |
| Od bye bye |
| Od bye bye |
niedziela, 19 czerwca 2011
14. Nowe szydełkowe wdzianka
Moja dziewczęta uzyskały nowe ciuszki :-)
Jak zwykle za bardzo mi się podobają i do ludzi nie pójdą ;-)
Teraz na warsztat poszły wee three friends - moje ciut mniejsze panienki też potrzebują odzieży. Reszta niech czeka ;-)
Jak zwykle za bardzo mi się podobają i do ludzi nie pójdą ;-)
| Od fashion crochet |
| Od fashion crochet |
| Od fashion crochet |
| Od fashion crochet |
| Od fashion crochet |
| Od fashion crochet |
| Od fashion crochet |
Teraz na warsztat poszły wee three friends - moje ciut mniejsze panienki też potrzebują odzieży. Reszta niech czeka ;-)
sobota, 7 maja 2011
13. Materiałowo-maszynowo
HAAAA!!!
Do trzech razy sztuka i... gdy po raz trzeci usiadłam do maszyny (po jakichś 20-tu latach przerwy), okazało się, że nie tak diabeł straszny ;-) - szczególnie gdy człowiek na nowo odkrywa wszelki pokrętła i suwadła na Łuczniku ;-)
Nie są to arcydzieła, ale zawsze coś ;-)
I po raz kolejny nie rozumiem czemu ciuszek z fragmentów wykroju na żakiet dla barbie lepiej prezentuje się na tonerce ;-D
Do trzech razy sztuka i... gdy po raz trzeci usiadłam do maszyny (po jakichś 20-tu latach przerwy), okazało się, że nie tak diabeł straszny ;-) - szczególnie gdy człowiek na nowo odkrywa wszelki pokrętła i suwadła na Łuczniku ;-)
Nie są to arcydzieła, ale zawsze coś ;-)
I po raz kolejny nie rozumiem czemu ciuszek z fragmentów wykroju na żakiet dla barbie lepiej prezentuje się na tonerce ;-D
poniedziałek, 2 maja 2011
11. Szydełkowo i drutowo
czwartek, 17 marca 2011
10. Spotkanie lalkowe
5 marca spotkaliśmy się u IHime :-)
Trafiłam bez problemu, Stella również. Dotarła Kaya (na jej barbiową stronę trafiłam jeszcze na studiach, kiedy latałam do BUŁy pod pretekstem szukania wiadomości w internecie na studia a zamiast tego zapisywałam sobie całe dyskietki html'ami ze strony Kayi), a krótko potem Sparkle21, który... pobłądził :-) Na koniec dotarła Balantyna z mężem i wnuczką :-)
W międzyczasie pojawił się na chwilę mąż IHime, który gdy zobaczył co się dzieje, bardzo szybko się ulotnił :-)
Trafiłam bez problemu, Stella również. Dotarła Kaya (na jej barbiową stronę trafiłam jeszcze na studiach, kiedy latałam do BUŁy pod pretekstem szukania wiadomości w internecie na studia a zamiast tego zapisywałam sobie całe dyskietki html'ami ze strony Kayi), a krótko potem Sparkle21, który... pobłądził :-) Na koniec dotarła Balantyna z mężem i wnuczką :-)
W międzyczasie pojawił się na chwilę mąż IHime, który gdy zobaczył co się dzieje, bardzo szybko się ulotnił :-)
piątek, 4 marca 2011
9. Starocie...
Przeglądając stare płyty natknęłam się na zdjęcia czapek, sukienek, kostiumów, które wydziergałam kiedyś tam. Wszystkie pliki na płycie są z lutego 2007, więc ubranka musiały powstać jeszcze wcześniej. Zdjęcia marnej jakości, ale zawsze coś widać :-)







Sukienka turkusowo-różowa w paseczki powstała tak jakoś z nudów. Okazało się, że materia nie jest w stanie objąć Barbie, więc dosztukowałam i wyszedł wyjątkowy tył :-) Później, gdy przeglądałam jakąś szydełkową książkę, dowiedziałam się, że ścieg, który powstał z moich nudów jest ściegiem tunezyjskim :-)







Sukienka turkusowo-różowa w paseczki powstała tak jakoś z nudów. Okazało się, że materia nie jest w stanie objąć Barbie, więc dosztukowałam i wyszedł wyjątkowy tył :-) Później, gdy przeglądałam jakąś szydełkową książkę, dowiedziałam się, że ścieg, który powstał z moich nudów jest ściegiem tunezyjskim :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












